Bezlitosna, zupełnie nie wakacyjna pobudka o 7:00 wyrwała nas ze snu. Tak wcześnie, bo wyjazd spod domku nie później niż o 8:00. W planie wyprawa na największy w Europie lodowiec Jostedalsbreen. W plecaki pakujemy, dotychczas tylko podróżujące z nami, buty do wędrówek, specjalne skarpety, rękawiczki, czapki i szaliki. Trochę po amatorsku (w końcu nimi jesteśmy) szykujemy herbatę do termosu, słodkie przekąski i zestaw podstawowy apteczki. Przecież pierwszy raz będziemy na lodowcu. Pewnie można byłoby się tym mniej przejmować, ale nie kosztowało nas to przygotowanie zbyt dużo. Zwłaszcza, że wyczytana wcześniej w Internecie instrukcja mówiła o tym wszystkim.
Zgodnie z planem wyjeżdżamy i pokonując znany zestaw tuneli na drogach E16 i 5 (te razem 40 kilometrów na 60 w sumie przejechanych), około 9:00 dotarliśmy do przeprawy promowej z Fodnes do Mannheller. Bilety za 155 NOK i o 9:15 odbijamy od kei. Przed nami stoi taki sam (przynajmniej pod względem koloru) VW Touran jak nasz. Wyglądająca na emerytów para Niemców wyciągnęła aparaty fotograficzne i podzieliła nasze zachwyty nad widokiem osłonecznionego fiordu o tak wczesnej ☺ porze. Na promie płynęła również wycieczka Polaków jadących niemieckim autokarem. Z ekwipunku mogliśmy wnioskować, że kierunek mają podobny do naszego – lodowiec. Po wylądowaniu, dwupoziomowym tunelem przejechaliśmy do Kaupanger i dalej do Sogndalsfjøra. Zaraz za mostem nad Barsnesforden skręciliśmy w prawo w drogę 55 w kierunku Gaupne i Lom. Idealnie płaska powierzchnia wody, w której odbijały się malowniczo na zboczach usytuowane miasteczka, były wspaniałą inspiracją dla fotograficznej pasji Małgosi, która uwieczniała lustrzane obrazy. W Gaupne towarzyszący nam od promu bliźniaczy Volkswagen pojechał dalej drogą 55 na turystyczny szlak Sognefjell, którego nie dane nam było zobaczyć poprzedniego dnia, a my w prawo na drogę 604 doliną Jostedalen na północ.